Początkowo bardzo ucieszyłem się z odtrąbionego przez wszystkie media postulatu różnych wpływowych ludzi oraz grup ludzi płci żeńskiej wprowadzenia obowiązkowego parytetu ludzi płci męskiej i żeńskiej na listach wyborczych. Po głębszym jednak zastanowieniu dochodzę do wniosku, że chociaż altruizm wpływowych osób płci żeńskiej zaszedł w tym wypadku najdalej w naszej historii, to jednak te działania obnażają jedynie potworny rozmiar nierówności, które stawiają mężczyzn od tysiącleci na podrzędnej pozycji, a które trzeba będzie we wspólnym trudzie postępowych sił żeńskich i męskich zniwelować. Spraw do załatwienia jest wiele, ich wymienienie przekracza niewielkie ramy felietonu.
Skupię się więc na jednej, ale za to fundamentalnej kwestii. Moim zdaniem należy przede wszystkim podjąć natychmiastowe działania zmierzające do usunięcia w przeszłość niesprawiedliwie dyskryminującego mężczyzn monopolu kobiet na rodzenie dzieci. Zdaję sobie sprawę, że stan dzisiejszej nauki nie pozwala z dnia na dzień wyrównać w tej dziedzinie jaskrawej nierówności szans. Można nawet powiedzieć, że do tej pory nauka pogłębiała jeszcze dysproporcje na niekorzyść mężczyzn, gdyż dała kobietom możliwość samozapłodnienia i stworzyła im w przyszłości, poprzez banki spermy, możliwość całkowitego uniezależnienia się od mężczyzn w kwestii przedłużania gatunku. Można więc powiedzieć, że mężczyźni zostali właściwie z tej sfery niemal całkowicie i rażąco niesprawiedliwie wymiksowani. Tę wsteczną tendencję trzeba w nauce światowej natychmiast zahamować.
Ale póki co należy podjąć próby zrekompensowania mężczyznom trudnego do zniesienia dyskomfortu podrzędności ich położenia egzystencjalnego wobec kobiet. Należałoby wobec tego pójść dalej i zamiast parytetu na listach wyborczych zaproponować konstytucyjne gwarancje objęcia 90 procent foteli sejmowych przez ludzi płci żeńskiej. Wiadomo przecież nie od dziś, że polityka to sprawa brudna, żmudna i pełna niebezpieczeństw. Odciążenie przez kobiety mężczyzn od tych potwornych obowiązków będzie choć częściową rekompensatą ich strat moralnych związanych z wykluczeniem z rodzenia oraz z faktem, że przez tysiące lat kobiety nie dość, że zmonopolizowały rodzenie dzieci to jeszcze dla własnej wygody przerzucały na mężczyzn niemal wszystkie nieznośne polityczne funkcje. Czas odkupić tę historyczną i ontologiczną niesprawiedliwość.
Proponuję przy tym 90 procent, gdyż chciałbym zarezerwować owo 10 procent dla osób wahających się, o nieokreślonej orientacji płciowej lub niedostatecznym w tym zakresie wykształceniu. Brak bowiem wykształcenia seksualnego w szkołach powoduje sporo zamieszania w dziedzinie płciowej samoidentyfikacji. I nierzadkie są przypadki, gdy osoby dopiero po zakończeniu nauki szkolnej i przeczytaniu tekstów profesor Senyszyn czy pisarki Gretkowskiej odkrywają swoją płeć i uczą się z nią utożsamiać.
Podsumowując, uważam, że hasło parytetu jest jednak zbyt bojaźliwe. Nadszedł już czas, by żądać więcej. A kiedy już ludzie płci żeńskiej zdejmą nadmierne ciężary z uciemiężonej dotychczas klasy męskiej i obejmą wszystkie miejsca w sejmie oraz rządzie, przyjdzie pora na dostosowanie słownika, który nigdy dotąd nie nadążał za postępową ludzkością. I choć samo słowo ludzkość ma prawidłową formę żeńską, to jednak już słowo „człowiek” czy jego forma mnoga „ludzie” istniały do tej pory w monopolistycznej formie męskiej. Zajęte doborem najlepszych reproduktorów oraz rodzeniem kobiety nie dopilnowały przez wieki parytetu wpływów na język. Zaraz po wyrównaniu szans politycznych, nadejdzie pora, by nad tym popracować.
A problem jest, bo formy: człowieczyca i ludzice nie brzmią najlepiej. Choć może to jest tylko kwestia ucha. Z uszami zaś sprawa będzie prostsza, gdyż występują parami, a już dziś można bez problemu, dzięki postępom chirurgii plastycznej, zaimplantować każdemu i każdej z nas jedno ucho męskie a drugie żeńskie. A potem, kiedy już mamy parytet uszu na głowie, wystarczy tylko pamiętać, którym z nich w danym momencie wpuszczać takie, a którym wypuszczać inne postulaty.