Grudniowa sesja Rady Powiatu przebiegała w gorącej atmosferze podżeganej przez liczną "galerię" jak to się kiedyś radna Maria Kowalczyk wyraziła o grupie mieszkańców przychodzących na sesje. Tym razem galerię tę stanowili pracownicy szpitala, przedstawiciele związków zawodowych, pracownicy Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej "Nadzieja" w Żychlinie oraz uczniowie IIIa I LO w Kutnie w tym - Przemek, Magda, Gosia i Mariusz, którzy są już wyborcami i jak nam wyjawili, mają swoje konkretne zdanie na temat przebiegu obrad sesji. Ale nie o nich będzie tu mowa, choć te cztery, jakże ważne, głosy w następnych wyborach na pewno nie padną na Dorotę Dąbrowską, a dla niej to głosy na wagę złota przecież.
Na sesji jak bumerang wrócił temat "Nadziei" Placówki Opiekuńczo-Wychowawczej z Żychlina, o której pisaliśmy kilka razy w lutym tego roku. Wtedy temat wywołał radny
Jacek Urbaniak, który prosił Zarząd i Starostę Powiatu Kutnowskiego o potwierdzenie informacji o likwidacji placówki, bowiem pracownicy i dzieci tam przebywające bardzo niepokoją się pogłoskami o rzekomej likwidacji. Teraz poproszony przez pracowników o wstawiennictwo radny
Jerzy Pruk, na chwilę zniknął z sali obrad. Tę gafę uszczypliwie wypomniał radnemu Prukowi radny
Konrad Kłopotowski -
Jak panie skierowały pismo do liberała Pruka w sprawie pomocy społecznej, to jakie miały być tego skutki?
Ale do rzeczy. Przypomnijmy w skrócie sytuację "Nadziei." Placówka ta działa od 1995 roku. Do niedawna przebywało w niej 31 dzieci i młodzieży w wieku od 3 do 18 lat. Niektórzy podopieczni mieszkali tam ponad 10 lat. 2 lutego 2009 r.odbyło się spotkanie pracowników placówki (12 osób) ze Starostą
Dorotą Dąbrowską. Na spotkaniu dowiedzieli się oni o planach likwidacji placówki. Wówczas decyzja ta nie była formalna, tak w każdym razie twierdził Zarząd. Pani Starosta mówiła na tym spotkaniu o nierentowności placówki i w dość niestosowny sposób dobierała słowa, mówiąc o tragedii tych dzieci. Mówienie o
"upłynnianiu dzieci" jest tego drastycznym przykładem. Wówczas to właśnie to
"upłynnianie" dzieci się rozpoczęło.
Zanim dopuszczono panią
Ewę Wypych - pracownicę "Nadziei"- do głosu odbyła się krótka przepychanka słowna między byłymi starostami, dyrektorami PCPR i podwładnymi, bo takie to stosunki w radzie panują. Byli starostowie
radny opozycyjny Andrzej Dąbrowicz (obecnie podwładny pani Jolanty Skowrońskiej - dyrektor PCPR w Kutnie ,czyli można powiedzieć w prostej linii pani Starosty) i
radny Konrad Kłopotowski od dyrektor
Jolanty Skowrońskiej próbowali się dowiedzieć dlaczego wcześniej w tej placówce czynione były remonty, modernizacje, dlaczego zaledwie trzy lata temu, rok temu budynek ten nadawał się na PO-W a w tym roku się już nie nadaje i trzeba go sprzedać. Radny Dąbrowicz pytał
Jolantę Szczypińską (w tamtym czasie pełniła funkcję dyrektora PCPR obecnie członka Zarządu) dlaczego nie informowała go jako starosty o tym, że to miejsce nie nadaje się dla dzieci. Wystawiona na ostrzał
Jolanta Skowrońska głównie mówiła o złych warunkach w "Nadziei," o niedostosowaniu budynku do wymagań przeciwpożarowych i standardów. Podano (co stało się już w tej kadnecji normą) kilka wersji tych samych wydarzeń, więc trudno powiedzieć kto, czego jest winny i kto, kiedy, co ukrywał. Warto jednak podkreślić, że każdy z byłych starostów i każdy radny widzi i wie jak placówka wygląda, jakie zostały poczynione na nią w tym czasie nakłady, jakie pieniądze pracownicy dla "Nadziei" zdobyli i ile tam mieszkało dzieci.
Doskonale pamiętam z przełomu 2005/6 jak pan, panie Dąbrowicz jeździł do mojej szkoły w Jankowicach i przekonywał pan nauczycieli, że tam trzeba przenieść "Nadzieję." Wtedy nauczyciele i rodzice protestowali przeciw likwidacji szkoły w Jankowicach. -
powiedziała Dorota Dąbrowska.
Osobiście byłem z panią Szczypińską - wówczas dyrektorem PCPR - w Jankowicach, ale stwierdziliśmy wówczas, że tam trzeba by było włożyć ze 3 miliony złotych, nikt takiej decyzji nie podejmował, o której pani mówi. -
ripostował radny Dąbrowicz.
Ewa Wypych pracująca w PO-W "Nadzieja" od 14 lat, łamiącym się głosem, ale silna w swej prawdzie opowiedziała o szczegółach zmian miejsca zamieszkania dzieci z "Nadziei", o ich tragedii, niepokoju, o tym, iż owszem pracownicy otrzymali propozycje pracy w innych placówkach. Zaproponowano im nawet pracę w postaci założenia rodziny zastępczej dla niektórych dzieci. To jakieś kuriozum po prostu!
(Prywatnie przez 11 lat byłam rodziną zastępczą dla dwóch chłopców i nikt mi za to nie płacił. Ciekawy to rodzaj alternatywy dla pracy zawodowej!!! - No coś niesamowitego! Ciekawe wobec tego dlaczego nikt nie chce mi tych lat bycia rodziną zastępczą doliczyć do stażu pracy? - red.).
Bardzo mi przykro
pani Starosto, że nie jest pani zorientowana w sytuacji placówki, bo państwo mówicie o protokołach sprzed półtora roku. Mamy komputery, sale przystosowane do zabawy i nauki. Przecież pracownicy w tym czasie, kiedy byli zapewniani o tym, że "Nadzieja" nie będzie likwidowana, napisali pięć projektów, zdobyli pieniądze na meble, na mieszkania odrębne, na łazienki. Dziwię się, że władze nic nie zrobiły, aby nam dalej pomóc. Gdzie jest decyzja o likwidacji skoro placówka jest de facto zlikwidowana, nie ma dzieci, zostało kilku pracowników. Nie ma uchwały likwidacyjnej, a dzieci są wywożone! Czy Wojewoda wie co się u nas w Żychlinie dzieje?
-
mówiła Ewa Wypych.
Dociekając prawdy, radna
Klara Adamska po raz kolejny zapytała o uchwałę likwidacyjną i uchwałę intencyjną o likwidacji.
Czy ustne decyzje Zarządu Powiatu o przenoszeniu dzieci do innych placówek i faktycznej likwidacji instytucji mają moc prawną? Czy słowo pani Starosty ma moc sprawczą - przewrócenia do góry nogami świata i życia sieroty? Te pytania chyba większość z nas na tej sali sobie zadawała. Dopiero wtedy Starosta podała wreszcie fakty dotyczące procedury likwidacyjnej.
Szóstego października tego roku wysłaliśmy pismo do Wojewody z informacją o zamiarze likwidacji placówki, dwudziestego pierwszego października otrzymaliśmy odpowiedź, iż zgodę na likwidację Wojewoda wyda po złożonej przez nas informacji o przebiegu zapewnienia opieki dzieciom. Dzięwiątego grudnia wysłaliśmy pismo z informacją gdzie zostało umieszczone każde z dzieci z "Nadziei." - czytała Dorota Dąbrowska.
Na to Ewa Wypych podała swoje dane na temat procedury likwidacyjnej: 30 czerwca 2008, kiedy odbyła się rada pedagogiczna odczytano nam pismo zapewniające nas, że placówka na pewno nie będzie zlikwidowana, 31 marca 2009 zainteresowany przez jednego z wychowanków Rzecznik Praw Dziecka również skierował pytanie do Zarządu czy planowana jest likwidacja placówki, otrzymał odpowiedź od Starosty Kutnowskiego, że nie ma żadnej decyzji w tej sprawie, ba, nawet otrzymał zapewnienie że dzieci przebywają pod troskliwą opieką wychowawców i nie są rozmieszczani w innych placówkach. A decyzję o likwidacji może podjąć tylko Wojewoda Łódzki i Rada Powiatu. 7 października 2009 napisaliśmy pismo z pytaniem o likwidację i w odpowiedzi od PCPR w Kutnie dostaliśmy odpowiedź 30 października 2009, iż decyzja o likwidacji placówki nie została podjęta, a już w odpowiedzi na pismo przewodniczącego Związku Nauczycielstwa Polskiego Starosta zapewniła, że prowadzona jest procedura likwidacyjna. Czyli kogo pani Starosta okłamuje? Panią Skowrońską czy przewodniczącego ZNP? Czy nas?
Zapytam dalej. Po co Starosta okłamuje zainteresowane w sprawie osoby? Dlaczego okłamała również Rzecznika Praw Dziecka w piśmie z 31 marca? Czy to urzędowe poświadczenie nieprawdy? Czy Pani Skowrońska wie co podpisała z upoważnienia Starosty 30 października, kiedy prawie miesiąc wcześniej Starosta poinformowała Wojewodę o zamierzonej likwidacji placówki? W jakim celu Starosta kłamie? No przecież nie w celu osiągnięcia korzyści majątkowych czy osobistych? O to Starosty przecież podejrzewać nie można?
Kierowaliśmy się przede wszystkim dobrem dziecka. Od kwietnia dzieci nie odczuwały w ogóle przenosin, szło to bardzo płynnie. Kiedy informacja o likwidacji ujrzała światło dzienne, zaczęto manipulować dziećmi. Wyobraźcie sobie państwo jakby to było, kiedy rok temu byłaby znana ta decyzja. Przez cały rok dzieci te przechodziłyby gehennę za sprawą opiekunów, dla których najważniesze są - wiecie co Państwo - ich miejsca pracy. - zdenerwowana Starosta oskarżyła opiekunów o niekompetencję i zły wpływ na dzieci.
Zapewne to zapowiedź kolejnej sprawy sądowej, tym razem niewątpliwie zostały naruszone dobra osobiste opiekunów, których kwalifikacje i opinia w tego typu pracy muszą być nieposzlakowane. Ale Starosta przecież lubi procesy.
